drogi pamiętniku, jeśli kiedykolwiek z jakiegokolwiek powodu będę się zastanawiać co jest szczytem kiczu i tandety lub też tandety i kiczu, proszę przypomnij mi, iż takie właśnie kryteria spełnia w zupełności umieszczenie piotra rubika w serialu "niania"…
zamiast po raz kolejny produkować się w temacie curlingu zacytuję tylko njusa z curling.org.pl, który to njus mówi, iż:
Zespół stołecznego City Curling Club - Amber Yeti, zwyciężył w [rozgrywanych na warszawskim Torwarze] III Mistrzostwach Polski Mikstów. W finale drużyna grająca w składzie: Katarzyna Ratajczak, Wojciech Ratajczak, Małgorzata Janowska i Rafał Janowski (skip), pokonała dwukrotnych Mistrzów Polski w tej konkurencji - zespół Mix Media Warszawa (Arkadiusz Detyniecki, Marianna Das, Paweł Frynia i Marta Szeliga-Frynia - skip) 9:7. Warto nadmienić, że ekipa CCC wygrała w turnieju wszystkie 5 rozgrywanych spotkań (w tym aż 4 różnicą jednego punktu…)
no to końcówkę września mam już zaplanowaną, o tutaj. ;)
#1: byłem, wróciłem i tyle o curlingu. zdarzyło się mi kiedyś grać gorzej, bardziej przegrywać; trafiał się lód gorszy, krzywy bardziej, a i hotele gorsze bywały na drodze - ale takiej kombinacji jak w mieście ojca dyrektora nie było dawno. i pewnie już nie będzie. czego polskim curlerom życzę.
#2: kropka, która niepokój wzbudziła ostatnimi czasy, zniknęła w równie tajemniczych okolicznościach w jakich się pojawiła. lekarz zaglądający mi w paszczękę nie chciał uwierzyć, iż cokolwiek niepokojącego w miejscu wskazanym przeze mnie kiedykolwiek było. pewnie za hipohondryka mnie brać musiał, bo widać było wkurwienie wypisane na jego twarzy, że zawracam mu głowę.
#3: sąsiadka w/w lekarza nauk wszechmedyczych, do której wparował µn w towarzystwie swojej rodzicielki, miała już inne podejście to pacjenta, ale też i pacjent miał inne podejście do lekarza, ułatwiając diagnozę przez posiadanie pięknej wysypki. po wizycie przez parę dni młody wyglądał jakby się mamusi do korektora dorwał, a później jakby ktoś ostrzelał go jagodami. i pilnować go trzeba, żeby nie drapał się - jak to przy ospie się zdarza.
jeszcze niedawno nie pomyślałbym, iż czarna kropka o powierzchni mniejszej niż 0,15cm2 może wzbudzić niepokój. od wczoraj wiem, iż z całą pewnością może i to robi. zwłaszcza w połączeniu z ostatnim kilkudniowym zmęczeniem, które nie daje się wytłumaczyć brakiem snu, bo też i sypiam po dziewięć godzin, ani zwiększonym zapierdolem w pracy, bo ilość projektów nie zmieniła się od kilku miesięcy. cóż trzeba się w końcu wybrać do lekarza…
jak możemy przeczytać w dzisiejszym onecie - "serial «the l Word» («słowo na literę l») okrzyknięto przełomowym, nasyconym seksem obrazem życia lesbijek w Los Angeles. dwa czy trzy zdania dalej dowiadujemy się, iż z 13 stałych aktorów w obsadzie «The L Word», aż 12 to kobiety!!"… a co się pani redaktor spodziewała? że lesbijki będą grane przez facetów?!
wspominałem tutaj o wygranym konkursie z okazji superbowl (nadal nie mogę przeboleć przegranej chicago bears), co zaowocować miało otrzymaniem koszulek i czapeczek. owocowanie wczoraj się dokonało co postanowiliśmy z µnem uczcić kolejnym zdjęciem...
... że ryś, jak miś, będzie filmem kultowym - zawyrokował parę dni temu jakiś krytyk na łamach der dziennika - a wymienione tutaj przez nas dialogi wejdą na stałe do potocznej polszczyzny - dodał. czy już wyczuwają państwo groteskę tkwiącą w tym zdaniu?
"no bo tradycją nazwać niczego nie możeszi nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić. (…) to jest nasza historia, której się nie zmieni ... A to, co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność." - sam już ten cytat z misia już w zupełności wystarczy za komentarz, ale żeby było już zupełnie śmiesznie to w przypisie do przedstawionych cytatów (połowa zupełnie nie śmieszna, a reszta taka sobie) pojawiło się wyjaśnienie, iż część z nich pochodzi z książki i w filmie nie występuje. co, jak mniemam, oczywiście nie przeszkodzi im być kultowymi…
był sobie konkurs. blogi najlepsze wybierano, ba! najlepszy blog roku minionego! po prostu da best, kumasz koleś. ktoś tam zasiadał w jury, w konsekwencji czego ktoś go wygrał, a wygrywając stał się obiektem zainteresowania mediów telewizyjnych. niedługo pewnie światło dzienne ujrzy książka, później film lub serial (tu kolejność może być odwrotna), a na końcu zwycięzca reklamować będzie, jako, iż jest kobietą, bieliznę damską.
właściwie wszystko wygląda pięknie, jak to w walterowskiej telewizji, ale jest pewien szczegół ważny - do konkursu, zgodnie z regulaminem, stanąć mogły tylko blogi prowadzone w serwisie onetu. konkurs nazywać się więc powinien "najlepszy onet blog", "blog, który najlepiej pasuje magdzie mołek do kolczyków", czy jakoś tak w podobie, bo przecież na blog.onet.pl blogoświat się nie kończy, a nawet nie zaczyna. to tak jakby zrobić turniej piłkarski ograniczając go geograficznie do warszawy i okolic, a zwycięzcę telewizyjnie obwołać mistrzem polski albo od razu reprezentacją kraju! a i owszem można było by tak zrobić tylko mało to wspólnego z rzeczywistością by miało…
tutaj pewna sportowa dygresja, którą spokojnie można pominąć. otóż, gdy pewnego razu polscy piłkarze nożni (jednym z nich najprawdopodobniej był piotr nowak) dorabiający sobie do sportowej emerytury w drużynie chicago fire zdobyli mistrzostwo MLS (ligi zawodowej w stanach) kapitan samolotu, którym wracała drużyna ze zwycięskiego meczu powitał ich na pokładzie słowami "witamy mistrzów świata w piłce nożnej". wszystko zgodnie z amerykańską tradycją, iż kto u nich wygrywa zawodowe ligi (nba, nfl, mlb, mls) nazywany jest od razu world champion! o ile w pozostałych sportach jest to kwestia dyskusyjna, to w przypadku piłki nożnej brzmi to przecież idiotycznie! ale cóż z tego skoro na takie powitanie zareagowali śmiechem tylko obcokrajowcy, a "rdzenni" amerykanie bili radośnie brawa.
tak jest i z tymi blogami. tefauen ogłasza, pokazuje, promuje! część ludzi bije brawa, a część patrzy na to całe zamieszanie z pewnym rozbawieniem, żeby nie powiedzieć zażenowaniem1.
no dobra, kończę to pseudo-pisarskie pitolenie, bo przecież nikt nie uwierzy, że tak nagle się pryncypialny zrobiłem - już bardziej w to, że cholernie zazdroszczę tej wycieczki do chin…
1 - co wcale nie oznacza, iż uważają, że blond-bond nie obroniłby się w konkursie "otwartym".