khan-goor blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2002

Na początek disclaimer – „nie jestem rasistą – dla mnie człowiek może być i zielony jak ma chęć”…
rzecz polega, że nie cierpię, a wręcz nienawidzę „murzynienia”. Co to jest to „murzynienie” pewnie się zastanawiacie – no cóż pierwszy przykład – „I’ll be missing You”…
a ujmując rzecz pseudo-naukowo „murzynienie jest to sposób wykonywania muzyki polegający na melorecytacji niekoniecznie mądrego tekstu do bardzo znanej melodii”…
czyli, bierzemy melodyjny kawałek zespołu (jakioś mi się wydaje, że najlepiej pasują do tego piosenki bladych-twarzy), robimy loopa na riffie w okolicach refrenu, dodajemy do tego opowieść rodem z „gettha”, (najlepiej jak wykonawca mieszka gdzieś w okolicach Plam Springs) – czyli o jakiś przyjacielu co zginął w porachunkach mafii narkotykowej, z tym, że im mniej słów w refrenie tym lepiej, kręcimy teledysk, gdzie kręcą dupami jakieś laski (i wogóle w teledysq blada-twarz pokazać się może tylko jako roznosiciel pizzy) i puszczamy w eMTiVi – no i mamy chiciora.
Reasumując od siebie dajemy tylko melorecytację, wątpliwej zresztą jakości, a od naszych poprzedników bierzemy całą resztę…
Aż do dzisiaj myślałem, że „murzynieniem” parają się tylko afro-amerykanie, a tutaj niespodzianka i to na własnych śmieciach…
Pan Scyzoryk aka Liroy nargał jakąś pieśń, która straszliwie przypomina właśnie taką praktykę, z tą różnicą, że Liroy jest bladą-twarzą, a wykorzystuje do „murzynienia” brytyjskiego Lajonela coRyczy, który bladą twarzą raczej nie jest…
dziwny jest ten świat…
ale największy „podziw” wzbudzają u mnie ludzie, który jadą po disco-polo jak po burej suce, a w łolkmenie łomocze im „See You when You get there” (Jan Sebastian Bach „Aria na strunie G”)

zayeb….

Brak komentarzy

… był taki, że nawet 30 sekund nie znalazłem, żeby poblogować trochę… makabra… końcówka miesiąca zawsze jest taka beznadziejna…

tja… niedziela minęła… maraton wizyt zaczęło się od tego, iż obudziłem się około południa – nareszcie się mogłem wyspać… śniadanko, poranna(sic!) wizyta w łazience – ale bez golenia, bo moja własna, osobista żona znowu mnie opierdzieli, że z brodą wyglądam lepiej… – a ja się pytam… z jaką brodą do cholery?? z tym zarostem kolejarza??!! (włos co stacja??) eh… nie rozumiem kobiet – nawet swojej żony…
ale wracając do tematu…
około pierwszej wpadli „znajomi namber łan” – znamy się z T. od początku liceum, a to będzie już około 10 lat… jego żonę znam trochę krócej, ale tej różnicy nie widać… pogadaliśmy, obejrzeliśmy jakiś programik na discovery…
około 17stej zjawili się moi rodzice i siostra… podobna ceremonia tylko zamiast dicovery ojciec skakał po kanałach (ta cyfra plus dzisiaj strasznie kiepsko odbiera) aż zatrzymał się na wiadomościach czy innej panoramie.
następnie niespodziewana wizyta znajomych mojej żony… ale ich akurat lubię, mimo, iż widziałem tylko 3 razy (liczącz ten dzisiejszy) – oczwiście telwizor , ale tym razem po raz n-ty oglądałem film ze ślubu… no tak.. bez komentarza…
ostatnia wizyta od „znajomych namber tu” – też znajomi mojej żony, ale w sumie tego tak nie odczuwam – po prostu znam ich równie długo jak swoją żone… może dlatego…
przy okazji serdeczne pozdrowienia dla shwagyerki i podziękowania za trzymanie za mnie kciuków… co prawda żona stała się lekko niespokojna z tego powodu, ale jej przejdzie (mam nadzieję) :-/
czyli pospałem długo, ale przez cały dzień ni cholery nie udało mi się odpocząć…
do shwagyerki
sumy dnia wzięły się z papierowej wersji bloga (tzw.: ploga) który prowadzę od paru lat…. więc najprawdopodobniej moje sumy są uprzednie do sum tej brytyjki Bridżet Dżons :-)

sumy dnia:
2 whiskacze (Johnny Walker Black);
12 papierosów (Lucky Strike);
1 kawa rozpuszczalna (Jacobs Krönung)

no dziękuję, chyba pomogło to trzymanie kciuków, choć jeszcze nie wiem… wyniki około środy…
a co do piwka, hmm… nie wiem co pierwsze mi wysiądzie, wątroba od alkoholu, płuca od substancji smolistych, serce od kofeiny, czy penis od …. pozdrawiam swoją najukochańszą Kobietę :-)
P.S. tak tak tak… kłótnie małżeńskie są ostre, ale w naszym przypadq krótkotrwałe…

no to jestem w pracowni komupterowej na pierwszym piętrze… jeszcze 20 minut do egzaminu – pierwszego w dniu dzisiejszym…
ale co tam twardym cza być nie miętkim, nie?

właśnie… żeby nie było za dobrze pokłociłem się z żoną… no nie do końca… bo prostu mnie trochę udobła… nie będę pisał dlaczego, bo i po co? tylko tyle, że nam skrzywiony humor na resztę wieczoru… cóż, happens.
sumy dnia:
12 papierosów
3 kawy rozpuszczalne
2 piwka (dzisiaj Guiness)

jadę sobie do pracy, radio gra – normalka – trzeba słuchać, gdzie są korki, nie? nawet o sekretarce już nie myślę – pełen luz…
Aż tu nagle piosenka w połowie urwana i reklamy. Nie to, żebym żałował Henryka Pleksiglasa i jego „bohaterskiego” przeboju, ale nienawidzę takiego cięcia piosenek – choćby były totalnie beznadziejne…
No ale wracając do reklam… poleciał jakiś samochód, agencja nieruchomości, i zaczęło się… przez 30 sekund jakiś gościu ciężko zawodził, że „Hit królem niskich cen”… sam nie wiedziałem dlaczego mnie tak to wnerwiło… aż zobaczyłem plakat z rysunkową podobizną Elvisa, który palcem wskazującym pokazuje na wołowinę z kością…
wniosek – albo wołowina z kością stała się towarem luksusowym, albo elvis zjechał do jej poziomu – to znaczy raczej pamięć o nim, bo gościu podobno nie żyje.
Tak czy inaczej dzień zaczął się od rozmyślań o IQ Pi-aR’owców pracujących dla Hit’a…

no właśnie…
chyba tylko dlatego, że krócej siedziałem w pracy jest lepiej…
zresztą… nawet tam nie jest źle… sekretarka się na mnie obraziła – bo podniosłem na nią głos… no fakt, poniosło mnie, ale opierdziel dostała zasłużenie…
dzwonił też prezes… przekazał wyniki obrad i zalecenia zarządu europejskiego i skwitował to słowami ” i to my tego, kurwa, dopilnujemy…” – już widzę te nieprzespane noce.
A swoją szosą jeśli prezes przeklina to musiał być nieźle wnerwiony – pożywiom uwidim…
Sumy Dnia:
3 kawy rozpuszczalne;
14 papierosów;
2 piwka;

dzień zaczął się lepiej… może dlatego, że długo spałem, a po przyjeździe do pracy od razu wypiłem kawę…
Sekretarka nadal swoje… nie mam cierpliwości do tej kobiety… jeszcze żebym mógł ją opierdolić jakoś pożądnie albo zwolnić… he… marzenia… to niestety sekreterka „firmowa” – z takimi jest najgorzej… wystarczy, że jest miła (i miła) dla prezesa i już jest nieruszalna… czekam na powrót starej „office manager”, ale to jeszcze trochę potrwa… złamane nogi tak szybko się nie zrastają.

dojechałem do siebie do domu – nie no… makabra… przez te cholerne roztopy poodmarzały wszystkie gówna w całej wsi… śmierdzi jak cholera…
a jakby tego było mało jeszcze szambo wybierali… kamikadze boski wiatr to przy tym jak perfuma…
sumy dnia:
- 22 papierosy; – chyba musze trochę ograniczyć, bo mi serce stanie podczas igraszek z żoną
- 5 kaw rozpuszczalnych;
- 1 kawa normalna;
- 1 piwko; – zaraz się za nie biorę.


  • RSS