khan-goor blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2003

skuter.jpg

wedka.jpg      podczas ostatniego pobytu ojca w polsce ucieliśmy sobie pogawędkę na temat „łowienia ryb”. w belgii za mało wędkarzy jest podobno i belgowie chcą, flamandzkie walonki, żeby polacy u nich łowili – tacy dobrzy jesteśmy podobno. ojciec zachwalał, że jeziora piękne są, i jakie duże, a jakie ryby wypasione w nich pływają – nic tylko przyjechać, spinning zarzucić i wyciągać. tylko ta twoja nieszczęsna międzynarodowa karta wędkarska… zrób ją wreszcie! bo jeziora są niesamowite. równiuteńki, wybetonowany brzeg, normalnie samochodem dojechać do niego możesz. kupujesz bilet na godzinkę, siadasz, żadnego przepychania, pełna kultura. jak ci za gorąco to możesz klimatyzowaną kabinę wykupić, a gdzie się nie odwrócisz „restaurą”, także prowiantu nie musisz taszczyć na plecach, super, nie? tylko zrób tą kartę!!

      no może i super. tylko, że ja chyba wolę takie bardziej nasze, polskie jeziora. nad którym można powąchać drzewa, a nie zapachy z „restaurą”. nad którym słychać wiatr, a nie samochody, bo samochody na nie dojadą pod zarośnięty brzeg. gdzie nie kupuje się biletu na stanowisko numer słasąt-trła, tylko trzeba samemu obejść kawał jeziora i wypatrzyć miejsce gdzie mogą brać szczupaki; gdzie nie siedzi się w wygodnym fotelu, tylko na obrośniętych mchem korzeniach, które niemiłosiernie wbijają się w dupsko; a gdy kiszki marsza grać zaczynają, miast pójść do jadłodajni, wyciąga się pajdę ze ‚smalcem i kaszanką’ z chlebaka. jak słońce parzy z nieba to nie szuka się klimatyzacji tylko bez skrępowania wsadza łeb do wody i zmyka do cienia. a na jesieni, jak chłodny wiatr zawieje to nie ucieka się do domu, tylko zakłada sweter, który żona dnia poprzedniego przygotowała i siedzi się cierpliwie oddychając głęboko rześkie, jeziorne powietrze.

      bo ja chcę czuć, że żyję, a nie tylko łowię…

      ‚NIE’ donosi, że w izbie wytrzeźwień, która znajduje się w rudzie śląskiej, do uspokojenia co bardziej krewkich pensjonariuszy używa się muzyki. puszczane są spokojne utwory bacha, mozarta. Pewnie tak zwane pościelówy (w sumie odpowiednio do sytuacji) też można tam usłyszeć.

      tak sobie myślę, że jak koncerny fonograficzne, będą nadal odstawiać takie szopki z windowaniem cen płyt, oraz wydawaniem szajsu za szajsem, to już niedługo jedynym miejscem, gdzie posłuchać będzie można muzyki będzie rudzka izba wytrzeźwień. trzeba się będzie tylko schlać w ich troje… tfu przepraszam, w trzy dupy.

      powinien był wiedzieć, że coś jest nie w porządku poprzedniego dnia wieczorem. doświadczenie powinno mu podpowiedzieć, że brak możliwości połączenia się z firmowym serwerem nie wróży nic dobrego. jednak jego rozleniwiony umysł, pływający lekko w lodowatej whisky nie był w stanie zinterpretować tego sygnału tak jak powinien. mruknął więc tylko pod nosem „ten durnowaty provider – pewnie znowu mu w węźle prądu zabrakło” i wyłączył komputer. trzydzieści sekund później, grając niepewnie na gitarze i drąc się chybotliwym głosem „łisky moja żono” przesunął ‚błąd 404′ w dalsze obszary pamięci skazując je na powolną śmierć z zapomnienia.

allla.jpg      dzisiaj nie zdążyłem w makdonaldzie zjeść bigmaka i kawy zamówić, gdy dopadł mnie press-s, wibrując natrętnie telefonem – nie może się zalogować. no dobra, mówię, kawy się w biurze napiję. dziesięć minut później wiedziałem, że nikt się nie może zalogować, a kolejne 15 minut patrzyłem na pobojowisko. po pierwsze primo, serwer dostał schizy binarnej i pozamieniał zera z jedynkami, a po drugie primo koncentrator stracił zasilanie wybuchnąwszy kopcąc niemiłosiernie na wszystko dookoła…

      koncentrator pochowany został w pokoju zapomnienia w piwnicy, a serwer po kilku próbach reanimacji potraktowany został twardo – po męsku – z buta! obudowa się wgięła, a mnie strasznie boli mnie paluch kończyny dolnej lewej, a serwer chodzi, ale nie od stopy tylko od Żebra – który przyjechał i naprawił…

      a miało być tak pięknie. chłodniej miało być. deszcz miał padać. a tutaj nadal upały, sucho i na niebie chmurki nie ma żadnej, a żeby padało to chmura musi być bezdyskusyjnie. z jasnego nieba tylko grom może strzelić – deszcz już nie.

      weekend rozleniwił mnie. nareszcie się trochę wylegiwałem, skończyłem czytać pottera, poganialiśmy się z psem po podwórku – slalomem pomiędzy rusztowaniami, odwiedziliśmy z żoną moich rodziców. jednym zdaniem robiłem to wszystko na co normalnie czasu nie starcza. i było mi dobrze…

      gdyby tylko zechciało być trochę chłodniej…

drabina.jpg      bo to panie wojciechu znakomita ekipa. i, panie wojciechu, szybkie tempo duże mają, dostawy nie nadążają z hurtowni jechać. i czyści są, nie zostawią na podwórku syfu po sobie, panie wojciechu. no i ceny konkurencyjne, a to, panie wojciechu, ważna sprawa, ważna, nie zedrą i porządnie zrobią, szybko, jak pół darmo. tak, tak! mają własny sprzęt, no mówię panu panie wojciechu, rusztowania, przyczepkę, no wszystko mają, tak! to pan zadzwonisz, panie wojciechu, jak się pan zdecydujesz, tak?

      tynku zamówiłem, wysługując się żoną, sporo, no i kleju, gruntu i czegoś tam jeszcze i zadzwoniłem, że ‚tak’.

      przyjechali, pocmokali, zapodali cenę z metra, przybili piątkę, podwinęli rękawy, zestawili rusztowanie i się do roboty wzięli. przychodzą tylko do mnie od czasu do czasu i mówią, że to jeszcze by trzeba, a tutaj trzeba inaczej, bo będzie podciekało. jak do tej pory wydają się nieźli… no w każdym razie nie piją gorzały co wieczór.

      tylko dzisiaj, jak trzy kwadranse na szóstą zaczęli zbijać stare kafle z balkonu pod sypialnią, myślałem, że ich z tej drabiny zrzucę, ale widzi pan, panie wojciechu, jak szybko im to idzie?
no widzę…

      oglągałem wczoraj idola. zupełnie nie wiem dlaczego, boć przecież tej chamsko-głupkowato-lukrowanej śpiewogry nie oglądam zwykle. na swoją obronę mam fakt trwania wakacji – nic ciekawszego w tv nie było.

idiot.jpg      ludzi było dużo, w różnych stylach, ale jednakowo chętnych i spragnionych kariery. bezlitośnie uwalani przez przysypiające ‚żyri’. no fakt, wojewódzki na piszczące komary nie reaguje – trzeba być co najmniej muchą. raz się tylko wzburzył i mnie przy okazji. weszło dziewczę, zaśpiewało, nieźle, czysto, ale fakt, że bez wyrazu. głosy żyri podzielone były, więc powstała sprzeczka. przerzucali się opiniami o wykonawczyni między sobą zupełnie zapominając o tym, iż rzeczona stoi przed nimi i już tylko moment dzieli ją od płaczu. na koniec wojewódzki stwierdził, że „to, do diabła, nie jest przytułek dla ubogich talentów!” w sumie, pewnie nie jest, ale w takim razie co ty tam, kubusiu, robisz? jednak, żeby cię trochę dowartościwać proponuję, żebyś na swoją lansową koszulkę nalepił sobie taki znaczek jak tutaj widzisz i wypisał pod nim czerwonym flamastrem, wzorem kandydatów, numer 00001.

      zmieniając kanał stwierdziłem, że z idoli nadal najbardziej lubię Billego. zwłaszcza jak śpiewa…

      jak człowiek czyta książkę w języku obcym, w której zupełnie inna czcionka niż w naszych, inny styl „dialogowania” (bo przecież nie didaskaliami nazwać tego nie sposób), słów parę nieznanych to dany człowiek koncentruje się jak, nie przymierzając, jubiler przy szlifowaniu diamentów. a jeszcze ten upał z nieba się leje, to człowiek już zamulony zupełnie.

      czy w takich okolicznościach dziwić może fakt, iż podnosząc namolnie dzwoniący telefon buchnąłem bez zastanowienia w mikrofon ‚jes pliz?’ miast nadwiślańskiego ‚słucham’? bo takiego jednego zdziwiło. może niekumaty był. nie wiem, bo się rozłączył.

      na szczęście teraz popadało – chłodniej jest, ja wziąłem prysznic i mózg zaczyna pracować normalnie. więc jak teraz zadzwoni raz jeszcze to mu powiem ‚pliz hold, ajw gat hary poter on dy ader lajn’. a najlepiej to machnę długopisem i rzucę zaklęcie ‚telefonus szatapus‚!!.

nudge.jpg      po łikendzie spędzonym na nic-nie-robieniu, wizycie w kinie na aniołkach charliego, piciu piwa i zwalczaniu syndromu dnia następnego w pracy dzisiaj myślałem, że umierać będę. misiek~ na urlop pojechał i sam zostałem z poniedziałkowym burdelem, czyli zestawieniami, raportami i spotkaniami na rogu kruczej i dupy suczej. o dziwo! bardzo mi z tym dobrze było! wszystko sam, bez zbędnego gadania, przekazywania, sprawdzania, odpowiadania na pytania. bo misiek~ do roboty jest chętny jak mało kto. tylko za nim pomoże i coś zrobi zada wpierw około czterdziestu pytań, na które i tak zna odpowiedź. ot tak, żeby pogadać i użyć kilku skomplikowanych słów. też tak mam nie dziwota więc, że mnie to wkurza u innych – konkurencji nie lubię.

      więc sam sobie dzisiaj wszystko przygotowałem, przekazałem i wykonałem. pojedyncza, samowystarczalna komórka firmy. komórka posiadająca jadowite mitochondria, czy jak to tam się zwało, ale „medyczko”, ty mój rozśmieszaczu biurowy, ja NIE strzykam jadem bez powodu! żono press-s’a – to to poczułaś to nie był jad khangoorzy tylko żółć… więc wstęp tylko.

      i kiedy już w domu żywe piwo piłem, gdy wydawało mi się, że ból w „prawym brzuchu” ustał, gdy żonę przestała boleć głowa, serwer internetowy odmówił współpracy. pewnie przejął na siebie te nasze bóle. ale nie jadę, nie pędzę na złamanie karku, by zobaczyć co się stało. w końcu na naprawę mam 24h… a bardzo chce mi się spać…

p.s. niektóre jotpegi mogą być niedostępne do jutra rana… ale przynajmniej mam szansę się wyspać…

bajlet.jpg      nie ma tygodnia, żeby nie słychać było o problemach narodowych kolei. będą zwalniać, ograniczać, likwidować, rewidować, reorganizować. teraz jest już chyba z 20 firm, m.in. pkp-tory, pkp-ic, pkp-budynki, a jak tak dalej pójdzie to przybędą też pkp-lokomotywy, pkp-zwrotnice i na końcu pkp-szyby-od-wagonów-pierwszej-klasy. żeby było łatwiej, przejrzyściej i jewropejsko

pkpjoz.jpg      europejsko nie jest, ale coż się dziwić skoro takie oto kwiatki wyrastają na „torowiskach”. w „zdrowych układach” za bilet uprawniający mnie do kilku przejazdów płacę więcej – choć średnio za przejazd mniej wychodzi. tak jak bilet dobowy, miesięczny czy kwartalny w komunikacji miejskiej. w pkp jest jednak inaczej bilet jednorazowy ze stacji falenica do stacji śródmieście kosztuje 3,80. bilet strefowy kosztuje natomiast aż [werble] 3,60 złociszy, a mogę sobie przez 2 godziny szaleć podmiejskimi po całej strefie miejskiej! niby nie dużo te 20gr straty, ale ziarnko do ziarnka. nie licząc już możliwych przesiadek. no brawo, panowie kolejarze na stołkach! chyba coraz mniej mi was żal…


  • RSS