khan-goor blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2003

syndrom…

16 komentarzy

      pani się pyta w szkole dzieci, co robi wasze rodzeństwo? wszystkie dzieci opowiadają, jak to młodszy brat to, starszy tamto, aż jasiu nie wypali, a moja siostra tańczy na rurze w nocnym klubie! po lekcji koledzy się go pytają czy to prawda. - nei – odpowiada z internetowym akcentem jasiu – ale przecież się nei przyznam, że ona studiuje na es-gie-ha.

      sparafrazowany, znany dowcip, znakomicie obrazuje mój stosunek do es-gie-hu, zwłaszcza tego ‚hu…’ na końcu. utworzyłem nawet takie powiedzenie – ‚syndrom esgiehowca’ jako określenie osoby, która uważa, iż li-tylko studia na tej renomowanej uczelni czynią z niej omnibusa i upoważniają ją do patrzenia z góry na wszelkie inne formy życia. zadziwiający jest jednak fakt, iż osoby dotknięte tą, nie bójmy się tego słowa, chorobą wykazują analfabetyzm w dziedzinach nie związanych z ekonomią – oczywiście z wyłączeniem picia i spożycia. ponieważ jeden prosty przykład ma większą wartość, niźli cały magazyn zapisanych glinianych tabliczek oto i on…

puder.jpg      - bigbrat, bo ja znalazłam jakąś starą myszkę komputerową no i nie mam jak jej podłączyć, bo nigdzie nie pasuje i jest jakaś dziwna, bo ta poprzednia była normalna, a jutro robię imprezę, no i muszę mieć jak mp3 puszczać – siostra (sgh, rok4) była wyraźnie załamana. powiedziałem gdzie i jak, dziękując, że od jakiegoś czasu gniazda są kolorowe – to z tyłu komputera to mam wetknąć?! – zdziwiła się siostra – bo ja szukałam gniazdka na monitorze, przecież kursor na monitorze porusza nie?

      nie martw się siostra, nie jesteś taka najgorsza. kiedyś powiedziałem na głos, że czas zmienić tapetę, a absolwentka ‚twojej’ uczelni poleciła mi dobry i tani sklep z klejem do tychże…

pizza.jpg      w biurze jestem. głodny też jestem. telefon pod znany numer wykonuję więc, aby dowieźli do biurka, żeby. czekam moment, znajomy trzask po drugiej stronie, nabieram powietrza, żeby formułkę, że żarcie chcę, wyrecytować, gdy nagle…

      rozlega się cudowna, urzekająca wręcz melodia na fortepianie wygrywana na tle przyjemnego odgłosu szumu morza. czuje się tak spokojnie, nerwy zostawiłem gdzieś daleko, mam czas dla siebie, bo jestem tego wart, bo chce o tym porozmawiać z konsultantką. męski głos mówi, że tu pizza jest, ale niestety wszystkie linie do konsultantek są teraz zajęte, ale mogę poczekać i posłuchać muzyki. oczywiście, że słucham, ale, żeby ułatwić sobie zadanie przełączam na głośno mówiący…

      - khangoor, sztwojafak – wrzask miśka~, stojącego z głupią miną w drzwiach gabinetu, wyrwał mnie z tego błogostanu – gdzieś ty, w mordę, zadzwonił? do pizzy, czy do jakiegoś cholernego avonu?!

      uwaga pierwsza: zaczyna mnie, wkurwiać, nazywanie wszystkich pracowników, mających kontakt bezpośredni z klientem, konsultantami. przecież ja dzwonię zamówić pizzę, a nie odbyć jakieś cholerne konsultację z pizzologi stosowanej? uwaga druga: panowie z pizzyhut, zmieńcie tę muzyczkę, bo jak rany boga, kiedyś mi się popierdzieli i, zamiast zamówić pizzę na puszystym, ociekającą aż tłuszczem cieście, jeszcze gotowym zamówić sałatkę. albo nawet, god forbid, jakąś szminkę :]

kulturystka.jpg      mężczyźni wyginą twierdzi jakiś angol przewidując, że za sto tysięcy lat nie będzie na świecie już nikogo z jajami, jakby zapomniał o kurach… brzmi to jak się głasnakie po cyckach feministek nucących matrycznie pod nosem, że liga rządzi, liga radzi, liga zawsze babom kadzi!

      tak to ja też przewidywać potrafię: za sto dwanaście lat manczester (fonetycznie, forma komentatorska) junajtet przegra w lidze mistrzów 0-2 z Naprzodem Rydułtowy i odpadnie z dalszych gier.

      w tym miejscu mógłbym właściwie bronić witalności gatunku facetów, próbojąc podważyć metodę badawczą opartą na statystycznej średniej, która zaciemnia prawdziwy obraz sytuacji, ukrywając za barierą wzorów matematycznych grupę silnych, zwartych, gotowych samców gigantów, ale nie będę. po pierwsze dlatego, że się na tym gówno znam, po drugie, nawet jeśli miałbym przypadkowo rację, to średnio mnie obchodzi co będzie za sto tysięcy lat.

      a po trzecie, patrząc na powyższe zdjęcie, a z lenistwa znów wyręczając się cytatem, co wy z nowej generacji macie z tej swojej kobiecości?

      znając kilku angoli, potwierdzić mogę, iż większość z nich nosy trzyma zaraz pod chmurami. zwłaszcza jeśli chodzi o osiągnięcia sportowe. z tymi swoimi kluchami w gębach pitolą, że są de best, a reszta nie dorasta im do pięt, że wygrają 5-0, że ten stadion to jak treningowe boisko, „milion miles away form civilization”…

      i dlatego należy im, od czasu do czasu, przylać z klapsa w dziąsło, żeby im się zupełnie w tych głowach, pełnych owsianki, nie poprzewracało. tym milej dla nas, że zrobił to groclin…

      a tak przy okazji informuję zawodników takiej jednej drużyny z krakowa, że u mnie na wsi jest parę pól, które przydałoby się zaorać… tylko przywieście własne traktory!

malysz.jpg      no i się zaczyna. znowu. gospodarka polski, pod koniec roku, ożyje po dość marnym roku. zwłaszcza jej sportowa gałąź. bo przecież siatkarki na nogach z glinki okazały się stać, siatkarze polecieli z siatkami po zakupy, w dobie dbania o środowisko żużel jest zdecydowanie passé, a o piłkarzach nożnych nie wspominajmy przez grzeczność oraz, aby nie zapeszyć przed dzisiejszymi meczami.

      nudne godziny, pracy biurowej wypełnione zostaną nową, udoskonaloną, wersją ‚małysza’, kolejne skoki, rekordy. histeria masowa, gdy komputer zawiesi się podczas niewiarygodnie długiego skoku na skoczni mamuciej.

      a przed telewizorami znów będziemy się pasjonować przygodami współczesnego małego rycerza, który nie tylko wzrostem (ten wąsik, ach ten wąsik, ten wzrok, ten lok, ten dąsik) podobny do wołodyjowskiego. będziemy zdzierać gardło wrzeszcząc dziko leeeeeeeeeeeeeeeć, jeeeeeeeeeeeeest, aaaaadaaaam! warszawa z łodzią, gdynia z gdańskiem, poznań z podlasiem i gorole z hanysami. normalnie FC Polska United, ogarnięte obsesją przekroczenia punktu K i poprawnym lądowaniem! a w przerwie na reklamy pojawią się głupawe idiotele czy małysz ląduje telepizzą, telemarketem, telemarkiem czy też teletomkiem…

      a to wszystko dlatego, bo adaś miszczem jest… a szmit to parówa. o!

      popyt tworzy podaż. a po naszemu mówiąc, jak chcę zjeść cebulę i będę o tym dostatecznie głośno mówił, to mimo, iż najbliższy mi sklepikarz ‚cebuli nie prowadzi i prowadzić nie będzie’ to zawsze się znajdzie ktoś kto mi tą cebulę sprzeda, tę.

harry.jpg      dwudziestego pierwszego czerwca zaczął być zaspokajany popyt na piątą część przygód henryka portiera. aby zaspokoić się móc, trzeba było umieć angielski, co najmniej biernie. jak ktoś się w szkole nie uczył, to musiał chuć na potera opanować. i to na długo, bo wydawnictwo ‚media rodzina’, posiadające prawo i lewo do tego pięknego chłopczyka na terenie rz’plitej nie kwapiło się, mimo presji rozhisteryzowanych gimnazjalistek i zalewu słodziutkich, poterowskich blogów, do przyśpieszenia prac nad polskim tłumaczeniem. zupełnie jak ten uparty sklepikarz co cebuli nie chce mi sprzedać…

      w takim układzie, zapominając na chwilę o nielegalności przedsięwzięcia, nie może dziwić fakt, iż znaleźli się ludzie, którzy zaspokoili popyt tłumacząc tę powieść wcześniej i, według rosiaq’a, ‚na jedynce’ dzisiejszego ŻW – przetłumaczyli zaskakująco profesjonalnie, utrzymali klimat, itd… czyli utrzymując analogię – sprzedali mi cebulę i to nawet smaczną.

      bo polak to takie zwierze, że zawsze znajdzie sposób, by kupić książkę… oh, przepraszam – cebulę.

doniczka.jpg      z biologii piątkę miałem tylko w klasie czwartej podstawówki – bo uczyła mnie sąsiadka z parteru. im dalej tym było gorzej, aż skończyło się na kolejarskiej trói z mocną tendencją ku miernemu.

      mimo tej szkolnej traumy, spowodowanej opornością na wiedzę biologiczną, wiem, że istnieje, a też jak przebiega, proces fotosyntezy. a pamiętając to jestem przeciwnikiem hodowaniu roślinności doniczkowej w sypialni. co prawda roślinki natleniają pomieszczenie, ale tylko w dzień, a gdy słońca zabraknie kradną bezczelnie O2 i powodują, że oddycha się ciężej. przynajmniej mi.

      tylko jak to wytłumaczyć mojej żonie, co?

bread.jpg      Nasze proekologiczne stowarzyszenie wychodzi na przeciw rosnącej w siłę idei bio-komponentów. Podstawy naszej akcji czerpiemy z wprowadzonego kilkanaście lat temu obowiązku dodawania jodu organicznego do soli kuchennej. Tamta, pionierska, akcja miała jednak wadę podstawową – w regionach nadmorskich spowodowała spadek dochodów z turystyki, gdyż aby dostarczyć organizmowi jodu nie trzeba było wczasować się nad Bałtykiem. Nasz pomysł ma, z założenia, pomagać polskiemu przemysłowi. [ >> ]

kreski…

38 komentarzy

dwie.jpg      dotychczas dwie kreski kojarzyły mi się z kokainą – po jedną na dziurkę. z tym, że były one białe…

      Jak dojdzie do mnie znaczenie dwóch kresek niebieskich to się odezwę…

      pan prezydent rzeczypospolitej, ostatnio pełniący funkcję męża swojej żony miał powiedzieć, iż przed tę spec-komisję od rywina to on może iść i będzie tam śpiewał i tańczył…. innego powodu nie widzi…

      no kurwa, olek! rokitę z wojewódzkim pomyliłeś??!! to nie idol!


  • RSS