khan-goor blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2004

      nasze dzielne ministerstwo rolnictwa dba o rozwój polskich koni wierzchowych. pociągowych zresztą też. jak donosi ogólnopolskie radio z krakowa ministerialne gryzipiórki określiły bowiem w rozporządzeniu maksymalną prędkość wiatru w stajni. dopuszczalna prędkość, z którą wiatr może hulać w okolicach końskich zadków to 0,3 m/s, czyli nieco ponad kilometr na godzinę. dla lotników odrzutowych to będzie 0.000882 Macha.

horse.jpg      wszyscy teraz się przygotowują do stosowania tego rządowych nakazów. hodowcy kupują i instalują wiatrometry z twardymi dyskami, uszczelniając ewentualnie okna i drzwi. policja, straż miejska, liga ochrony przyrody i towarzystwo miłośników koni tworzą lotne brygady, które kontrolować będą stajnie odczytując zapis z urządzeń rejestrujących i wystawiać mandaty łamiącym przepisy koniarzom. producenci zacierają ręce zapowiadając uruchomienie dodatkowych linii produkcyjnych i zwiększenie zatrudnienia.

      a koń? a koń by się uśmiał…

5 komentarzy

      przepraszam, zamarzłem. zaraz wracam. to znaczy jak tylko się ociepli.

      sprowokowany notką u imiennika, a przede wszystkim nieznajomością niczego więcej poza tytułem i autorem sięgnąłem po Dżihad kontra McŚwiat. czasu w podmiejskich autobusach dużo, w soboty tłok mniejszy tak więc poczytać spokojnie można. jednak po raz kolejny szlag mnie trafia – przez przypisy końcowe. bo ja nie potrafię czytać bez czytania tychże. gdziekolwiek i kiedykolwiek pojawia się 1, 2, 8 albo jakieś *, § lub ¤ wykonuję skok do przypisu traktując go jako integralną część wywodu, nierzadko niezbędną do zrozumienia tematu.

      obecna lektura jest upstrzona odnośnikami jak krakowski rynek gównami odgołębnymi, co czytanie utrudnia znacznie i przyjemność z niego zabiera. bo trudno przecież, czytając mainstream trzymać palec jeden na stronie z przypisami. ani to wygodne ani przydatne, bo wystarczy jednak podskok autobusu na polskich, dziurawych drogach i z takiej zakładki nici. trudno też z zakładką właściwą jeździć, bo jest za mała, a ja małe rzeczy szybko gubię. zwykle więc co przypis wykonuję instrukcję gosub przeglądając nerwowo końcowe strony, by trafić we właściwe uzupełnienie. instrukcja return też czas zajmuje, a gdyby tak wydawcy pomyśleli trochę i przypisy umieszczali w osobnym zeszycie dołączanym do książki. można by otworzyć i jedno, drugie i nie tracąc czasu na szukanie po prostu czytać!

      choć pewnie musiałby ten zeszycik być mniejszy formatem od książki właściwej i niechybnie szybko bym go zgubił…

      wstąpiliśmy do tej unii i są już tego pierwsze oznaki. zamiast pięknej, ciepłej, słonecznej, polskiej wiosny mamy jakąś oceaniczną, mdłą, chłodną, deszczową, wietrzną pogodę rodem z brukseli, amsterdamu czy innego pas-de-calais. deprecha, zamulenie i senność oto co z takiej pogody wynika. nawet fakt, iż po miesięcznym oczekiwaniu przyjechały do mnie z kanady buty do curlingu zupełnie mnie nie pociesza. dlaczego nie może być tutaj tak jak w…, w… kaliforni, pomyślałem sobie wczoraj.

      no i dzisiaj od rana mam, kurwa, kalifornię. od mojego gabinetu, do wejścia to jak od los angeles do san francisco. zupełnie tak jakby uskok san andreas przeprowadził się pod biuro. wszystko się trzęsie jak beger na maturze. ściany drżą, półki się telepią, w szklance kawy, postawionej na stole, wytwarza się fala stojąca, a pisząc na klawiaturze trzeba uważać, żeby podwójnie literek nie wstukać. kalifornia pełną gębą, szwmordę…

      na szczęście, w odróżnieniu od californi przez ce wstrząsy te nie są zapowiedzią trzęsienia ziemi. po prostu za oknem walcują drroggę…

      dylemat się pojawił, z nagła, w poczcie. mówią, że chcą coś zrobić i żeby się podpisać, że też się chce. tak właściwie to ja chcę, żona chce i nawet pies radośnie merda ogonem. a ja nie chce wyjść na człowieka, który wpierw wali w mordę po całości, a gdy go kapustą zanęcić to mięknie w trymiga…

rura.jpg      wszystko stąd, iż w tej mojej wsi, gdzie psy szczekają dupami, prąd w kablach zawraca, a komunikację publiczną stanowi jeden autobus, który pamięta jeszcze młodość towarzysza edwarda, postanowili zapodać kanalizację. pewnie po to żeby w ciepłe, letnie dni nie unosił się nad szambami słodkawy smrodek. cel zbożny, bardzo wręcz. jednak ponieważ inwestycja ta jest tak duża jak długi hojarskiej i większości mieszkańców tego miłego zadupia (ze mną włącznie) nie stać by było na współfinansowanie tychże „głębokich wykopów” należy się postarać o kasę z… unii europejskiej, oczywiście.

      rozumiecie teraz mój dylemat, prawda. tutaj facet napierdziela jaka ta unia kretyńska, brzydka i w ogóle błeeee, a tam korzysta z pieniążków od tych kretynów i brzydali właśnie, by podczas defekacji móc czytać ckm nie zastanawiając się czy mu się szambo nie przepełni. choć tak de facto jakąkolwiek decyzję podejmę i tak będę mógł powiedzieć, że na pieniądze z unii to ja sram…

iraq.jpg
worldwide funclub corporation :))

      na początku był polbox. polbox długo był BBSem z dostępem do internetu, a później przekształcił się w isp. było to w czasach, w których nikt nawet nie marzył o zerodwadzieścia, a na stałe łącza miały tylko uczelnie i co większe firmy. stąd też bierze się fakt, iż warszawski internet skażony jest polboxem jak czernobyl radiacją. użytkownikom z bemowa i okolic sni się po nocach przysłowiowy już brak prądu „na węźle «koło»”, który stanowił standardową odpowiedź biura obsługi klienta na zgłaszane błędy. na całe szczęście w owym biurze pracowali ludzie kumaci, którzy potrafili określić kiedy wszystko wróci do normy.

netja.jpg      ostatnimi laty polboxowi znudziło się życie w pojedynkę. łącząc się z kilkoma lokalnymi providerami stworzył korporację, którą w końcu przejęła netia. i tak stał się nasz bohater częścią „konkurencji w telekomunikacji”. myliłby się jednak ten, kto sądzić by chciał, iż, było nie było, potężna firma poradzi sobie z 20. stanem zasilania w węźle „koło”. nic z tych rzeczy. awarie, przyczyny, których szukano przez dziesięć lat z okładem, pojawiały się nadal. niestety kumatych ludzi z boa zastąpiły jakieś tlenione blondynki (choć przez telefon sprawdzić się tego nie da), których znajomość komputerów ogranicza się do uruchomienia pasjansa. przy okazji pewnie są fankami edyty górniak, bo potrafią bardzo płynnie i melodyjnie mówić „to je nia”…

      tak przynudzam, bo od wczoraj nie mam dostępu do zagranicznej części sieci, co dość skutecznie mnie wkurwia (bo jak tutaj netsurfić bez googli??) i uniemożliwia pracę. i czekam, cywiejąc nad klawiaturą, aż te tępe matoły przeczytają mejla i przestawią routing tak, żebym mógł normalnie pracować. i tak szczerze mówiąc, jeśli miałbym wybierać to poproszę te stare awarie „na kole” – tak samo upierdliwe, ale przynajmniej nutka tajemniczości…

      no dobra. mam dość. ja rozumiem, że jak byłem mały to wołano na mnie wtedy wojtek bez portek. w wersji węgierskawej – wojtolosz portolosz. przy założeniu, że większość czasu spędzałem w krótkich, dziecięcych spodenkach, których widać prawie nie było takie przezwisko miało jakiś sens. i melodykę przy okazji. ale to co się dzieje teraz to już przegięcie. ale po kolei.

      prawie równolegle z portkami (lub ich brakiem), zgodnie z okolicznościami historycznymi, nazywany byłem ciemnym okularnikiem, zupełnie dla mnie niezrozumiale, bo okularów nie nosiłem i byłem raczej blady. wyjaśniło się, gdy zaczęli mnie wołać per jaruzel. część dodawała ‚ty chuju’, ale wtedy zwykle mieli ‚stan wojenny’ na mordzie.

      był też czas, krótki co prawda, gdy czepił się do mnie ‚cejroski’. za czasów, o których mowa, nie rozmawiał on jeszcze z frytką, ani w ogóle z nikim tylko jebał kubkiem po głowie osoby sceptycznie nastawione do wartości. niezbyt miłe to było, ale znieść się dało. jakoś.

      później była długa przerwa, choć okazji nie brakowało. aż do teraz, kiedy to komuś się zachciało zrobić reklamówkę telewizyjną dzieńdobrykrólululu, tomydzieciwsieci – byliśmy tam i robiliśmy to. no i teraz jestem Wojtek, mam dwanaście lat i chętnie cię poznam… i nie myślcie, że przesadzam, tylko się przedstawcie na dowolnym czacie imieniem tym. połowa ludzi się pyta „czy też masz 12 lat?”, a druga od razu dzwoni na policję…

      wczoraj w telewizji państwowej, około 20 zapodano:
tvp3: debata sejmowa, pod tytułem „belka w drzazgi”…
tvp2: debilnie roztańczone fortepiany z rudym szubertem i „panieneczkumamgrać”…
i jeśli już mamy dobry nastrój to przełączając na tvp1 mogliśmy oglądać: uroczystości załobne po Milewiczu okraszone(tfu!) czarnym logo…

      ja wędrowałem po kanałach w kolejności przedstawionej, znaczy w dół, ale potrafię sobie wyobrazić zniesmaczenie kogoś kto zaczął od relacji z katedry polowej…

      …chciałem się tylko przeciągnąć. wyprostować zapadnięty od wielogodzinnego gapienia się w luminofor mostek. chciałem głębiej zaczerpnąć powietrza do ściśniętych długim garbiemiem się nad klawiaturą płuc.

      wyskoczenia dysku na odcinku piersiowym w planach nie było…


  • RSS