khan-goor blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2004

netscafe.jpg      że kawa jest podstawą egzystencji biurowej nie trzeba dużo mówić. nie należy się też więc specjalnie dziwić wściekłości bijącej z okienka gg, które zaatakowało mnie dzisiaj przed południem:

a ‚ r e t z k y (11:54): kurde, zjebałem kawę
KhaN-GooR (11:55): tej mon, to że coś jest wilgotne i ciepłe to nie znaczy, że masz od razu jebać, nei?
a ‚ r e t z k y (11:55): za mało kawy w kawie i lura wyszła
KhaN-GooR (11:56): od słabej kawy gorsze są tylko zimne kobiety i gorąca wódka…
a ‚ r e t z k y (11:57): tja…

      i w ten sposób kawa przyczyniła się raz jeszcze do ponownego sformułowania ponadczasowych wniosków…

shock.jpg      µ skończył dziś miesiąc. wiadomość ta musiała się jakoś w okolicy roznieść, gdyż postanowiono uczcić to wydarzenie. wypuszczono więc gołębie żeby, niczym na pierwszego maja, polatały trochę gruchając przyjemnie.

      wśród gołębi był jeden gołomb (pisany przez o-em jako, że było gołębim głombem), który nie zauważywszy linii niskiego napięcia i wyrżnąwszy w nią dzióbkiem tak naciągnął druta, że ten zetknął się był z drutem drugim. spowodowało to efekty audio-wizualne, podobne do fajerwerków, które wędrowały po kablach średniego napięcia, aż do transformatora, któremu z przestrachu wyskoczył bezpiecznik. gołomb, który chciał w sposób szczególny uświetnić miesiąc życia małego khangoora przypłacił to życiem, ale trzeba przyznać, że widowisko było przedniej marki. niestety efektem ubocznym był (i pewnie, znając szybkość działania elektryków, nadal jest) brak prądu w połowie wsi.

      a zpowoduponieważtakwłaśnie w galerii pojawiły się zdjęcia młodego.


error.jpg      i jeszcze chciałbym dodać, przeżuwając w zębach cały znany mi zasób przekleństw, iż szanowni panowie ze stat4u od trzech dni nie mogą naprawić mi statystyki. w związku z tym, w miejscu wykluczonych odwołań mam takie oto krzaczki. i ja wiem, że darmowe, że nic nie muszą i, że chuj bombki szczeliu. tylko, że poprawienie tego błędziku, chyba nie zajmuje aż tak wiele czasu spędzanego zwykle przez medal of honor, hę?

fff.jpg      oglądając jednym okiem tegoroczny festiwal w sopocie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż zaserwowane zostało przedwczorajsze danie w sosie własnym dla niepoznaki ubrane we francuską nazwę.

      dzisiaj robiąc porządek w katalogu ze zdjęciami rzuciły mi się na oczy dwa podobne do siebie zdjęcia, których zestawienie idealnie oddaje stan polskiego rynku muzycznego w odniesieniu do zagramanicy. bo, proszę państwa, niby to samo opakowanie, przynajmniej kolorystycznie, a jednak cały czas człowiek na wrażenie, że, nomen omen, „ale to już było”. tylko dlaczego miast posłuchać się treści utworu i „nie wracać więcej” cały czas się pcha na scenę?

      z powodu panującej ostanio mody na zmiany lejałtów oraz z powodu niemania nic lepszego do, tak zwanej, roboty zmieniam i ja.

      przynajmniej to choć trochę potrafię?

      nic, figa, nul. pustka. żadnego pomysłu, nawet najmniejszego w głowie znaleźć nie mogę. to znaczy, pomysły są, dużo… no kilka by się znalazło, ale braki w samodyscyplinie nie pozwalają na ich uformowanie w zgrabną notkę. w jakąkolwiek notkę zresztą też nie, ale ja z samodyscypliną zawsze byłem na bakier. zawsze robię wszystko po linii najmniejszego oporu [zobacz komentarze], a przy pierwszej poważnej przeszkodzie dziękując za uwagę idę sobie szukać innego, mniej pracochłonnego, zajęcia.

      pociąga mnie też, tak zwany „powiew nowości” – nowa komóra, nowa karta graficzna, nowy projekt zawodowy – a gdy powiew jest już „gone with the wind” moje zaangażowanie spada do zera i zaczynam wypatrywać nowego szkwału, który przepchnie mnie na nowe wody. krótkodystansowiec ze mnie, co dziwi o tyle, że na wuefie zawsze lepiej niż na 100, biegałem na 1500.

dol.jpg      znajduję więc sobie nowe zajęcia, które rzadko doprowadzam do końca, zapełniam czas wolny co i raz to nowymi zainteresowaniami, zmieniam studia jak rękawiczki, a nawet jak bieliznę osobistą. wszystko wiem, o wszystkim słyszałem, na wszystkim się znam i nadal czekam, zamiast sam ją sobie stworzyć, na swoją wielką szansę, która pozwoli mi błysnąć intelektem, zdolnościami i wiedzą. wygłaszam własne opinie pieniąc się, gdy ktoś zdanie ma inne. pouczam, nauczam, strofuję… na pierwszy rzut oka α i ω. na pierwszy, bo już przy drugim, o trzecim nie wspominając pojawia się p u s t k a jeśli nie d n o!

      jestem pianistą bez dyplomu, czyli zwykłym grajkiem, informatykiem z doświadczeniem, ale bez studiów, czyli takim lepszym komputerowcem; potrafię prowadzić pojazd dwuśladowy, ale prawa jazdny się nie dorobiłem. nie wybudowałem domu, bo ten „wniosła w posagu” żona i nie zasadziłem drzewa, mimo, że stało na balkonie w donicy przez pół roku. udało mi się co prawda, bo to łatwe i przyjemne było, spłodzić syna, ale to akurat potrafiłby zrobić każdy gościu spod monopolowego, w przerwie pomiędzy obaleniem jednego i drugiego jabola. [bo według reklamy "trzeciego nikt nie dopił do końca"]. i nie chcę później, gdy µ dorośnie, tłumaczyć mu, że, tak jak w balladce młynarskiego, recytowanej przewspaniale przez „dudka”, „tatuś się dobrze zapowiadał”, a że mu się nie chciało to teraz wpierdalamy na obiad przedwczorajsze ziemniaki.

      jestem khan-goor. i tak, mam doła…

      o poniedziałku i jego złym wpływie na samopoczucie napisano już tyle, że wszystkie te słowa ułożone jedno za drugim w kierunku prostopadłym do ziemi spokojnie sięgnęły by orbity plutona, a może nawet do hipotetycznej, dziesiątej planety. nie będę więc pisał więcej i tworzył dalej tego łańcuszka narzekań tylko przedstawię państwu co może się zdarzyć w poniedziałek jeśli nie zachowamy ostrożności w posługiwaniu się laptopem.

nero.jpg

      a żeby nie było wątpliwości zaznaczam, iż to posługiwanie się laptopem ma tutaj znaczenie czysto mechaniczne. co więcej, laptop ten nie został nawet z torby podróżnej wyjęty, a tylko dana torba rzucona niedbale na biurko oparła się o numeryczny enter komputera stacjonarnego i została tak jakiś czas. a do jej zaspanego właściciela, któren poszedł sobie poranną kawę z mlekiem zrobić, nie dotarł przeciągły pisk pc-speakera…

      wieść gminna niesie, że po olimpijskich sukcesach mOtylii wszystkie szczyle w wieku młodym zapragnęły pływać jak delfin, przez co i tak już przepełnione pływalnie publiczne w mieście stołecznym przeżywają prawdziwe oblężenie. wyklucza to moje pojawienie się w tych miejscach na co miałem jeszcze wczoraj ochotę, gdyż nie cierpię tłumów, pisków i wrzasków małoletniej dziczy. może to i dobrze, że się pławić publicznie nie będę – przynajmniej żadną bakterią czy innym grzybem się nie zarażę. niechybnie więc zostaje mi do dyspozycji własna wanna, no chyba, że jutro ustrzelę w totka szóstkę i będę sobie mógł pozwolić na basen ogrodowy z castoramy, za jedyne dwanaście tysia + transport i montaż.

toge.jpg      zaczyna mi powoli brakować snu, gdyż synek, mimo, iż ogólnie patrząc grzeczny jest i nie drze mordki za głośno, to jednak te dwa, trzy razy w nocy się budzi. na szczęście zaczynam się przyzwyczajać do nocnych dźwięków wydawanych przez µ na tyle, że nie budzi mnie jego marudzenie. moja żona ma przez to wpoprzek, bo sama musi wstać i małym się zająć. i choć mi trochę głupio, że żonę tak samą na pierwszej linii zostawiam, to przyjmując założenie, iż budząc się w nocy µ domaga się jednego, czyli cyca – mój brak reakcji jest zupełnie logiczny, gdyż chwilowo nie dorobiłem się jeszcze mlecznych cycków i nawet mleczne zęby wypadły mi już dawno temu.

      pozostaje tylko przekonać żonę w kwestii logiczności mojego postępowania co może być trudniejsze niż założenie hełmu na lewą stronę, okopanie się w wodzie i pokonanie anglii w chorzowie, razem wzięte.

      oglądając mecz polska – francja dojść można było do wniosku, iż polscy siatkarze winni mieć z siatką styczność tylko podczas zakupów w hipermarkecie. choć nie wiadomo czy nawet wtedy umieli by się nią posługiwać i nie pogubiliby zakupów.

      oglądając mecz polska – dania można było zauważyć, że polscy piłkarze powinni mieć styczność z piłką tylko podczas majsterkowania w ogrodzie. choć mogliby sobie, nawet i taką piłką, krzywdę zrobić obcinając palce. jaj by sobie nie obcieli, bo już ich nie mają.

a$: tej, czy paweł janas ma ksywkę „janosik”?
kngr: nu ma, a co?
a$: bo słyszałem, że już mają na niego haka…

billgates.jpg

suit_m.jpg      w taką pogodę jak dziś żar niesamowity wlewa się za kołnierz roztapiając powoli każdą napotkaną osobę. a jeśli trafi na jakiegoś spieszącego do pracy początkującego japiszona, który nie zdołał jeszcze uciułać na samochód z klimatyzacją, to szybkość procesu roztapiania dramatycznie rośnie. patrząc na niego widać, że człowiek ten marzy tylko, by jaknajszybciej odstać się do zmrożonego klimatyzatorem kąta oddalonego deskami od innych kątów, do których być też spieszą się inni – pewnie równie spragnieni chłodu co on. nerwowo poprawia kołnierzyk ściskający mu szyję jakgdyby chciał zerwać garnitur, który w taki skwar spełnia rolę kuchenki mikrofalowej, ale nie może tego zrobić, bo firmowy dress-code stoi ponad wygodą. jeszcze tylko chwila, moment tylko i będzie po bólu – myśli już ugotowany na miękko – tylko pamiętać, żeby nie zdjąć marynarki od razu, niech wpierw się trochę koszula osuszy, bo ten zapobiegający się poceniu dezodorant w taki upał nie działa.

suit_f.jpg      o ile dobrze obserwuję pędzący do swoich cubicules tłum, kobiet ten problem, w zasadzie nie dotyczy. ufryzowane, z maską biznesłoman na twarzy, pachnące eau de fleur czy też inną gabrielą sabatini z gracją lub, co się częściej zdarza, bez niej, szybkim krokiem „klikają” wysokimi obcasami po krzywych warszawskich chodnikach do pracy. ubrane w przewiewną bluzkę z butiku za rogiem i z mini od modnego projektanta na, ukształtowanej aerobikiem, dupie uśmiechają się pod nosem, czując każdy najmniejszy nawet powiew wiatru, który chłodzi odsłonięte nogi lub dekolt. [i można by jeszcze dodać, iż natomiast niebo jest przy tym niebieskie]. nie znane jest im pojęcie porannego roztapiania się w marynarce czy spodniach, bo one ich po prostu nie noszą. a jeśli nawet to z materiału tak cienkiego, że widać przez niego wszystko. piękny przykład na dyskryminację ze względu na płeć w miejscu pracy.

short2.jpg      tak sobie tych japiszów obserwuję, siedząc w autobusie czy innym pociągu dziękując wszystkim, którym się w takich sytuacjach dziękuje, iż mnie problem gorąca nie dotyczy, że ja mogę zalogować się do biura w krótkich, prawie plażowych, portkach i koszulce polo z kangurem na żebrach i nikt z tego powodu nie obetnie mi premii czy też nie wywali z roboty. choć przypominam sobie, iż lat temu trochę nazad, podczas równie nieznośnych upałów, press-s próbował pracowników męskich wbić w garnitury. zgodziliśmy się oczywiście prosząc jednocześnie, by wydał zgodę na zakup centralnej klimatyzacji do biura lub, co było zdecydowanie tańsze, by żeńska część załogi nie mogła nosić zwiewnych wdzianek i mini tak krótkich, że gdyby nie nosiły majtek to by im włosy łonowe wystawały. press-s nie chcąc zadzierać z księgowymi, a może uświadamiając sobie, że informatyków zmusić do czegokolwiek jest straszliwie trudno, o sprawie szybko zapomniał – i dobrze. bo znając jego poczucie humoru mógłby, w ramach „równości pracowniczej” nakazać wszystkim chodzenie w mini. a to byłby, nie dość, że prawdziwy cyrk to i nogi golić by trzeba było.


  • RSS