khan-goor blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

      z braku pomysłów, czasu i chęci powspominam sobie dzisiaj trochę. a konkretnie się cofnę pamięcią do czternastego sierpnia 1998 roku, gdy w Magazynie Sportowym ukazał się poniższy tekst, znacząc mój debiucik w ogólnopolskich gazetach.

      W wagonie metra znalazłem dodatek do „Timesa”, pod tytułem „Football 98-99″. Jedni piszą, że 60 milionów funtów za Michaela Owena to za dużo, inni znowu, że za mało. Sam Michale chyba nie wie, że tyle o nim mówią, albo się niczym nie przejmuje, bo nadal gra cudownie. Czytam też o tym, że Anglicy właściwie już się zakwalifikowali do finałów EURO 2000, bo taka Szwecja, Bułgaria czy Luksemburg to nie są godni jej przeciwnicy. O nas mówią, że jak się działacze dogadają, to Polska zagra, ale i tak dostanie lanie!
      Wreszcie, zupełnie przypadkiem, trafiłem na kalendarz rozgrywek i… aż krzyknąłem z wrażenia! Charity Shield, Wembley, 9th August! Charity Shield to Tarcza Dobroczynności, a Wembley to stadion!

lon011.jpg      Zapowiedziałem bliskim, że w niedzielny wieczór idziemy na mecz – trzeba zobaczyć dobrą piłkę, bo na wyczyny polskich zawodników przestałem zwracać uwagę po igrzyskach w Barcelonie. Na nich nie sprawiło to wrażenia, ale na całe szczęście znalazł się ktoś równie (jeśli nie bardziej) zaaferowany zobaczeniem meczu na słynnym Wembley – kolega z angielskiej szkoły. Ostatecznie wyruszyliśmy więc razem na stadion, aby kupić bilety. Panie w biurze powie-działy nam jednak, że sorry, ale bilety można kupić tylko w klubach, które mają się potykać na świętym Wembley. Zaproponowały nam za to zwiedzenie stadionu, na co oczywiście się zgodziliśmy.

      Cóż… opłacało się jechać przez cały Londyn, żeby zobaczyć „najpiękniejszy i najbezpieczniejszy stadion świata”. Chciałbym kiedyś ujrzeć na Stadionie Narodowym centrum dowodzenia podobne do wembleyowskiego: kibicami, ruchem ulicznym i ochroną policyjną. Kamery rozstawione są w promieniu 20 mil od stadionu i pokrywają wszystkie drogi doń prowadzące, monitoring zaś to 75 kamer, na których widać cały stadion, łącznie z dachem… Cudeńko, a my mamy nie zobaczyć takiego meczu!

      Wracamy do tematu biletów. Pojechaliśmy na stadion Arsenalu. Niby niedaleko, ale koło siedziby „Kanonierów” znaleźliśmy się dopiero następnego dnia po zajęciach.

      Wyszliśmy z metra na stacji, która nazywa się oczywiście… Arsenal. Na mapie stadion jest tuż obok, ale jakoś go nie widać, a w zasięgu wzroku tylko małe jednorodzinne domki, które jednak – jak się później okazało – zasłoniły obiekt! Zrobiliśmy parę zdjęć, zwiedziliśmy klubowy sklep. Przecież nigdzie się nam nie spieszy – na Wembley wchodzi 80 tysięcy ludzi. Wreszcie podszedłem do kasy i dowiedziałem się, że bilety, a i owszem, są. „No to świetnie!” – przeszło mi przez myśl, ale następne pytanie spowodowało, że świat zawalił mi się na głowę…: – Czy jesteś członkiem fan-klubu, ewentualnie masz wykupiony sezonowy karnet? – usłyszałem. Oczywiście, że nie mam, ale w przypływie desperacji zapytałem czy mogę kupić taki karnet? Nie mogę… wszystkie już sprzedane… Pozostało więc obejrzeć mecz w telewizji. Na obchodne pan z okienka krzyknął do mnie, że słyszał, jakoby w Manchesterze sprzedawali bilety nie tylko człon-kom klubu, ale też i szarym ludziom, i nawet obcokrajowcom! Bilet koleją do Manchesteru to wydatek 40 funtów – zostaję w Londynie, coś trzeba jeść…

      W stolicy Albionu w piłkę gra nie tylko Arsenal, pojechaliśmy więc na obiekt Chelsea. Znowu metrem przez całe miasto, i ponownie stadion ukryty gdzieś pomiędzy domkami. Wszedłem do klubowego sklepu i… lekko mnie zatkało – trzy piętra, gdzie można kupić wszystko: od wycieraczki pod drzwi do ubranka niemowlaka w barwach CFC. Spytałem o bilety. Grzecznie mówię, że słyszałem o meczu z Atletico Madryt i bardzo chcę go zobaczyć. Panienka spojrzała na mnie, jak na mocnego wariata i oznajmiła, że owszem, mecz jest, ale… w Madrycie. Kupiłem więc tylko klubowy kubek. Będę miał w czym pić kawę siedząc przed telewizorem.

      PS. Co mi pozostało, to wizyta na stadionie Fulham. Niby tylko druga liga, ale chociaż nie wymagają sezonowego karnetu i nie wyjeżdżają za granicę…

wrr.jpg      warczę, gryzę, drapię i kopię! mam kompletny, bezprecedensowy kryzys formy programistycznej. co przy założeniu, że nowe moduły ruszyć muszą już za dwa dni nie jest niczym dobrym. siedzę więc w pracy, patrzę w kod jak koza w gnat i zastanawiam się jak tutaj ten program zrobić, ale tak, żeby się nie narobić. formy mojej nie poprawia również tłok w porannym pociągu, żarcie w kfc i innym makdonaldzie co powoduje nawrót wrzodów żołądka oraz ograniczona ilość snu.

      wściekam się też na stan konta bankowego, który pokazuje tyle co pokazuje i ni chuja nie chce więcej, a ponieważ właśnie zaczęliśmy remont łazienki istnieje duże niebezpieczeństwo, że się hajs skończy zanim wszelkie sprzęty uda kupić i trzeba się będzie w misce myć przez czas jakiś. rodzice, co prawda, obiecali pomoc, ale to, miast mnie uspokoić i ucieszyć, jeszcze bardziej mnie wnerwia – bo mając już bliżej do trzydziestki, samemu będąc od niedawna rodzicem i, z przeproszeniem, zapierdalając po godzinach, nie stać mnie na nawet na wykończenie, i to wcale takie znów nie wybajerowane, łazienki.

      a najgorsze w tym wszystkim jest to, że, tak naprawdę, nie mogę się za bardzo wściekać, bo mistrzostwa polski w curlingu tuż tuż i trzeba się do nich w spokoju przygotowywać.

5 komentarzy

      wpierw próbowano przyrównać cierpienia wypędzonych z „ziem odzyskanych” niemców do cierpień polaków pod okupacją trzeciej rzeszy. teraz kręci się film, który pokazuje „sympatyczne i ciepłe” oblicze pana hitlera i wystawia się go w kolejce po oskary. w takiej sytuacji dziwić się chyba nie należy narastającej niechęci polaków do niemców oraz twardemu stanowisku polskiego parlamentu w sprawie odszkodowań wojennych. choć oczywiście uznać też trzeba, iż kwestia reparacji wojennych jest już zamknięta, a jedynymi, którzy mogą ją otworzyć na nowo są właśnie niemcy.

      żyję, co samo w sobie jest już dobrą wiadomością, zważywszy na fakt, iż od piątkowego rana jestem cały czas w pracy. z krótką tylko przerwą na niedzielę, kiedy to zechciałem jednak pokazać się synkowi, celem przypomnienia obrazu ojca jego młodej psychice. przy okazji żonę też przytuliłem, a jeśli już okazje się pojawiły, to nie było okazji, bo mały nie miał zamiaru spać w czasie odpowiednim. if you know what i mean.

      a jeśli wiecie ocmb to jesteście lepsi ode mnie o, w przybliżeniu, sto procent, gdyż po tak długim maratonie, podczas, którego wielokrotnie stawałem wobec sytuacji bez wyjścia, a widmo utraty danych z „mainframe’a” firmy krążyło gdzieś w okolicach serverowni i mojego gabinetu, jestem zjebany jak koń po westernie…

      żyję więc, chwilowo i usiłuję na powrót wpiąc się w szaro-burą rzeczywistość realno-wirtualną. wiem już więc, że się nasza polska ziemia zatrzęsła – i nie dziwota mnie też trzęsie, z każdą nowa wiadomością o orlenie, bardziej. tutaj jednak nie orlen winien tylko norwegia – bo się podnosi po zlodowaceniu. teraz wstrząśnięta lecz nie zmieszana polska powinna wystosować protest kanałami dyplomatycznymi, rozkręcić nagonkę w mediach przeciw niecnym knowaniom norweskich podrzegaczy, którzy nie dość, że małysza w zeszłym sezonie pobili na skoczni, to teraz jeszcze wkurwiają nas wstrząsami. na koniec zażądamy dostępu do morza północnego, z czego szybko się zrezygnuje biorąc w zamian preferencyjne kontrakty na dostawy ropy i gazu dla, pojawiającego się znów na scenie, orlenu. choć obawiam się, iż jeśli układ z norwegami negocjować by mieli ci sami co układy z unią europejską to gaz byłby trawienny, a ropa z gronkowców…

      stałem na pustym peronie podziemnej stacji kolejowej. z torbą z laptopem przewieszoną przez ramię, a na plecach wisiał mi wypchany plecak, którego paski boleśnie wbijały mi się w chude barki. w tym miejscu byłem sam, a przynajmniej czułem się jakbym był. betonowy sufit, ukryty za tandetnymi maskownicami, które ostatni raz były czyste jeszcze za poprzedniego systemu, czaił się niebezpiecznie nisko, a mrugające, blade światło pogłębiało wrażenie surrealizmu, dopadające człowieka już przy wejściu na peron. na drugim końcu, odległym o dobre pięćdziesiąt metrów, który z wyjątkiem jaśniejszego światła lamp sodowych, wyglądał pewnie nie mniej obskurnie, tłoczyła się masa ludzi, czekających na pociąg.

      ich głosy dolatywały jednak do mnie jakby z oddali i wystarczyło przejść parę kroków dalej, aby zostały zupełnie przytłumione przez monotonny szum ruchomych schodów, pokonujących kolejne setki kilometrów na swej niekończącej się drodze. cały czas mozolnie do przodu z nadzieją, że kiedyś dojadą tam, gdzie spieszący się ludzie nie będą ich beznamiętnie deptać, tylko po to, by po niecałej minucie przekonać się, że znów są w tym samym miejscu i zacząć swoją wędrówkę od nowa. tak myślę, że jeśli piekło istnieje, to ludzie zamieniani są w nim w takie schody ruchome, żeby co minutę przeżywać gorycz porażki i rozczarowania.

      stojąc na środku granitowej podłogi. po lewej i po prawej stronie widziałem takie same perony, i gdyby nie fakt, że nie było tam mojego odbicia mógłbym przysiąc, iż patrzę w lustro. zawieszony w powietrzu niewiarygodny spokój tego miejsca przerywał tylko, od czasu do czasu łomot jadącego gdzieś nad sufitem tramwaju i miało się wrażenie, że sceneria ta żywcem wyjęta jest z jakieś gry komputerowej, w której chodzi się po labiryncie podobnych do siebie korytarzy zabijając wszystko co się rusza i bezsensownie opukując ściany w poszukiwaniu wyjścia z tej matni. do pełni efektu brakowało tylko sączącej się skądś odpowiedniej muzyki – takiego tremolo sekcji smyczkowej, wprowadzającego zawsze niepokój i zdenerwowanie.

      idąc wolnym krokiem, bo przecież plecak i laptop, dotarłem do miejsca, w którym kończył się granit podłogi i światło z sufitu – gdzie kończył się peron. zejście łagodnie opadało i dalej była już tylko plątanina torów niknąca w mroku poprzetykanym gdzieniegdzie czerwonymi światłami semaforów. w momencie, gdy już miałem zawrócić najbliższy mi zgasł, a ułamek sekundy później wyświetlił sygnał ?droga wolna z ograniczoną prędkością?, jakby zachęcając mnie do kontynuowania spaceru. zszedłem więc ostrożnie po betonowej pochylni aż do drogi biegnącej w poprzek torów. podążając za nią wzrokiem zobaczyłem stację elektrycznej kolejki podmiejskiej, na którą leniwie wtaczał się pustawy o tej godzinie, zdezelowany skład.

      stukot kół ostrzegł mnie w porę przed nadjeżdżającym pociągiem, który z gracją hipopotama przesunął się mi za plecami hamując przed stacją i przeraźliwie piszcząc przy tym hamulcami zniknął na peronie, który wydawał się teraz jasno oświetlony. kilkanaście metrów dalej ludzie nerwowo przepychali się, taszcząc lub ciągnąć swoje bagaże w irracjonalnym pędzie ku swojemu przedziałowi – pierwsi w pracy, pierwsi w zawodach sportowych, pierwsi w kolejce po tłusty, turecki kebab, więc i pierwsi muszą do pociągu się dostać, by móc z wyższością zwycięzcy patrzeć na wchodzących później. kolejny, groteskowy etap wyścigu szczurów gotowych zagryźć konkurencję marudzącą zbyt długo na stopniach wagonu.

      a ja stałem w mroku czując się jakbym był poza czasem. patrząc na jaśniejący peron czułem się jak widz w ciemnej sali kinowej, który ogląda kiepski film obyczajowy początkującego reżysera. wszystko zdawało się być takie odległe, takie obce i sztuczne, a jednocześnie takie bliskie, znajome i prawdziwe. bo przecież, gdy to mój pociąg zapowie miła panienka o ustach megafonu i rozumie kasety magnetofonowej, będę się pchał w drzwi, klął pod nosem, a już w przedziale niecierpliwością czekał, aż gruba baba z tobołem wielkości sporej cysterny zajmie ostatnie wolne miejsce w przedziale.

      poczekałem jeszcze chwilę sycąc się poczuciem bycia li-tylko obserwatorem, wziąłem głęboki wdech i opierając się przemożnej chęci zostania tam jeszcze przez jakiś, długi zapewne, czas wszedłem powrotem na peron, gdzie pochłonęło mnie światło…

      czasami warto przyjechać wcześniej na dworzec. nawet jeśli jest to dworzec warszawa-centralna. ma się wtedy czas na zobaczenie miejsc, których istnienia, mieszkając w stolicy już czas jakiś, człowiek nawet nie podejrzewał.

czarownica.jpg

radus.jpg      #1: µ przekroczył sześć kilko wagi, a tylko centymetra brakuje mu do pełnych sześćdziesięciu centymetrów. je, śpi i rozrabia z przewagą tego ostatniego, choć ostatnio zdarzyło mu się spać bite siedem godzin. spowodował tym zresztą spore zdenerwowanie, gdyż przebudzeni sami z siebie o piątej nad ranem skonstatowaliśmy, iż nie obudził nas przez całą noc. szybka inspekcja wykazała jednak spokojny sen małego, który od czasu do czasu uśmiechał się tak jakby mu się śniła co najmniej heidi klum.

      #2: przez jakiś czas obrazki, a zwłaszcza lejałt, mogą się zupełnie nie pokazywać. zapomniałem przedłużyć ważność domeny o czasie i stąd to zamieszanie. ale wszystko wróci, tak przynajmniej mówią w nasku.

      #3: wczoraj utknąłem w niebieskim pokoju. po kilku minutach klikania tu i ówdzie udało mi się wyjść na wolność. później jednak trafiłem do pokoju karmazynowego, w którym ni cholery nie wiedziałem ocb! znalazłem wszystko (choć pewnie niekoniecznie) klikając pracowicie w każdy prawie piksel, ale nic mi to nie dawało. odwołanie do gógli przyniosło rozwiązanie w postaci obrazkowej metody przejścia, ale nawet postępując zgodnie z instrukcją (co umieszcza nisko moją inteligencję) nie owocowało sukcesem. gdy udało mi się wyjść z tego ustrojstwa okazało się, że jestem sam w biurze, za oknem szarawo i właściwie muszę wyjść z biura, bo się spóźnię na walne zgromadzenie klubu curlingowego.

      drzwi były zamknięte a ja nie miałem klucza…

      #1: zastanawiająco ciemno miałem ostatnio w biurowym gabinecie, ale szczególnie mi to nie przeszkadzało, bo monitor był sprawny i blask jego wystarczał. niemniej jednak stwierdzić muszę, że wymiana żarówek na sprawne znacznie podnosi komfort pracy i samopoczucie też, że o braku głupich pomysłów nie wspomnę.

      #2: ale nie tylko mi przydała by się wymiana żarówkek, gdyż dzisiejszy kosherzeitung donosi, że nie ma wody tylko oksydan, zamiast amoniaku jest azan, a siarkowodór to sulfan. bo zgodnie z jakimś tam zaleceniem powinno się tak pozmieniać nazwy chemiczne, żeby były do siebie podobne w każdym języku. czyli uniformizacja, globalizacja, kretynizacja. później się pewnie za matematykę wezmą i będzie strejta zamiast prosta, kurwina zamiast krzywa, kalkula zamiast różniczki [czyli zamiast produkciku substrakcji] oraz integrał zamiast całki. a zresztą co się będziemy ograniczać do nauk ścisłych zmieńmy czasownik na werbacza, rzeczownik na nounnika, a imiesłów na adwerka; ssaki na mamule, gady na reptajle oraz rośliny jednoliścienne na planty łanlifowe; siłę przemieńmy w forskę, moc w pałera, a prędkość w welocitę.

      a kiedy już będziemy sitować na czerze z kapem kofi w hendach łejcąc aż się printnie mejl na printerze, gdy fon zaringuje bo łajfa koli asknąć czy itnęliśmy mejdnięte przez nią sendwicze i gdy za łindołem rejnić będzie drobny rejnik, a skaje będą przy tym lajtblunne, to może wtedy przygołinguje nam do heda myśl, że sombadiego tutaj mocno pofuckowało.

benefit.jpg      #1: patrząc na obrazek wydaje się, iż word przeszedł był ostatnio efektywną indoktrynację lewicową skoro mu „zysk” nie pasuje.

      #2: warszawa małym miastem jest. sprawdza się tu zasada, że nowo poznany człowiek na pewno zna co najmniej jednego z twoich dobrych znajomych. dzięki tej zasadzie, w piątek, po spotkaniu polskiej federacji curlingu, moja żona dostała wścieku kontrolowanego. i nijak nie udawało się jej wytłumaczyć, że obecność pewnej, znanej nam i skądinąd bardzo sympatycznej koleżanki nie ma nic wspólnego z moją osobą…

      #3: jeśli już o curlingu mowa to przed zbliżającymi się mistrzostwami polski sytuacja warszawskich drużyn wygląda, lekko mówiąc, nieciekawie. wszystko dlatego, iż w dwumilionowym mieście jest tylko jedno sztuczne, całoroczne lodowisko, które, prawem monopolisty, chce od nas górę pieniędzy za godzinę treningu. jedyna nadzieja to przekonać jakiegoś sponsora, że rozsądniej teraz inwestować w polski curling niż w wielce szanowną panią kwaśniewską.

      3 lata temu, w nowym jorku i waszyngtonie, „od boeingów” zginęło trzy tysiące osób. three years ago, in new york city and washington boeing planes killed three thousand people.

      60 lat temu, w warszawie, „od stukasów” zginęło trzy tysiące osób – tak jak dzień wcześniej, tak jak dzień później. tak jak w każdy z 63 dni Powstania. 60 years ago, in warsaw, stuka planes killed 3000 people – just like a day before, exactly as a day after. just like every single day of 63 days of the Uprising.

      jeśli nadal masz wątpliwości, które z tych wydarzeń było tragiczniejsze koniecznie musisz zobaczyć to. if you still have any doubts which one of these two events was more of a tragedy you need to see this.

      i to wszystko co mam do powiedzenia w tej sprawie. ybadi, ybadi, ybadi, that’s all folks.


  • RSS