khan-goor blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

      telefon działa – neostrada też. chciałem być grzeczną owieczką, a wyszedłem na barana, bo zainstalowałem sobie program dostępowy z płyty dołączonej do modemu. po półgodzinnych bojach deinstalacja była dla tej kupy zajmującej pamięć i >memleak’i generującej najmniejszym wymiarem kary. zrobiłem po swojemu i już mnie logo monopolisty z tray’a nie straszy…

      również po półgodzinnych bojach, choć tak de facto trudno to było choćby potyczką nazwać, stwierdziłem, że czas na leniuchowanie w tej mojej podwarszawskiej wsi dobiegł końca na dowód czego ścisnąłem z moim nowym szefem prawice. zaczynam od środy…

      dobrze, że u nich, przepraszam, u mnie w biurze jest klimatyzacja działająca, bo szkoda by było roztopić się już pierwszego dnia pracy, nie?

      ci, którzy pamiętają moją poprzednią styczność z neostradą i stosunek do niej (przypomnijmy – stosunek przerywany) zapewne zdziwią się, iż wczoraj właśnie zamówiłem po raz kolejny ten uroczy zestawik. i proszę się nie śmiać ze mnie, ani nie wytykać mnie palcami na ulicy jak już ktoś mnie spotka, bo do tak drastycznych kroków skłonił mnie ostatni rachunek telefoniczny, a zwłaszcza pozycja połączenia telefinormatyczne. a zresztą nawet moi sąsiedzi, ci co nadal nie wiedzą co to prysznic swój modem klasyczny oddali już do muzeum techniki, a ja nie dość, że płacę jak za zboże to jeszcze nawet po blogach znajomych porządnie pochodzić nie mogę. no to mamy ten srebrno-bury modemik i czekamy aż nam w kabel sieć wpuszczą – pomyśleliśmy wesoło z khangusią, a µ z radością pacnął w otrzymany balonik z logo tp. czekać mamy nawet i dziesięć dni, ale „może nawet i jutro coś z tym koledzy zrobią”.

      no i wiecie państwo co? zrobili!! no, coś zrobili. naprawdę, jak bonie dydy, postarali się bardzo i coś zrobili. a dokładnie zrobili tak, że nikt znajomy się do nas dodzwonić nie może, bo nam numer o ‚jeden’ się zmniejszył. na starym numerze jest włączona poczta głosowa, a w 9393 powiedzieli, że to jest interesujące, ale u nich działa. oczywiście sprawdzą i jakby co to poprawią, ale raczej gdzieś około poniedziałku, bo teraz jest długi weekend, no i sampanrozumujesz, nie ma komu robić, nie?

      no rozumuję, rozumuję, poczekam, popatrzę. mnie się tam z resztą nie spieszy. zastanawiam się tylko, ile ja za ten telefon zapłacę w następnym miesiącu. i obawiam się, że jak rachunek zobaczę to szlag trafi i mnie i tą moją neostradę również…

khan-goor wyrzucający śmieci: kochanie, jesteś pewna, że chcesz wyrzucić te swoje rajstopy?
khangusia rzucając okiem: a te… tak. one są porwane…
khan-goor ze zrozumieniem: i tak się kończy niepłacenie okupu…

portman.jpg      tak sobie oglądałem relacje z cannes, bo czasu nadal dużo więcej niż mam chęć zagospodarować. i tak mi się właśnie rzuciło w oczy to co na rysunku. podobno do jakiegoś filmu tak się urządzić musiała, ale i tak po raz kolejny pomyślałem sobie, że swoją najlepszą rolę zagrała ona dawno temu – leon zawodowiec, a raczej matylda, po prostu wymiata…

      P.S. mam wielką prośbę do odwiedzających. czy ktoś z was ma może, albo zna kogoś kto ma, udostępnić tak z 10mega na dobrym, szybkim serverze. bo ten mój na webmedia to nadaje się właściwie tylko i wyłącznie do zbierania ziemniaków…

      tak właściwie nie ma oczywiście się z czego smiać, więc raczej z kronikarskiego zacięcia oraz z faktu bycia niedoszłym fizykiem wysokich energii cytuję dostanego sms’a, którego mi zapodał przed momentem yeti: od wczoraj mamy nową jednostkę czasu – jedna gołota = 53 sekundy

      czyli można powiedzieć, i akurat będzie to prawdą, iż notkę tę pisałem około półtorej gołoty. a jeśli już o gołotach mówimy to we wczorajszej formie nawet i pięć gołot by nie wystarczyło, żeby tego murzyna pokonać…

      a dzisiaj sobie w brodę pluję, bo przecież miałem okazjię żeby się wyspać…

      jeżeli już tefauen raczy nas w sobotni wieczór mołek madzią to niech przynajmniej zadba, żeby nie nosiła ona sukienek. a jeśli już sukienki mają na niej się pojawić to absolutnie bez dekoltu.

      a jeżeli dekolt też ma być to niech jej chociaż zarząd programowo najlepszej silikony zafunduje. bo jak na razie to wydaje mi się, iż pan Bóg stworzył ją dla hecy – z tyłu plecy, z przodu plecy…

      możeście państwo klikacze słyszeli, tą reklamę tę, którą ja wczoraj z samochodowego radia, i której od tamtej pory z rozbawieniem wielkim słucham jeśli tylko się gdzieś pojawi. reklamowanym przedmiotem jest pierwszy aparat z całkowicie polskim menju. jakby ktoś w obecnych czasach nie znał jeszcze angielskiego na poziomie obudowy od wideło, czyli plej, forward, riłajnd stop i record, a jeśli o aparaty chodzi to zómin i zómałt. no ale nie rzutuje, chcieli zrobić taki aparat, że po polsku pisze na nim to i zrobili i jestem się w stanie zgodzić, że skoro ‚polacy nie gęsi’ to ogólnie idea jest słuszna. zresztą w obecnych czasach nawet papież-niemiec po polsku mówić próbuje, więc aparaty powinny tym bardziej takową umiejętność posiadać.

      a wracając do reklamy… wpierw słyszymy, jak to w reklamach, że hiper, że super, że strzyże, goli, bańki stawia, co godzinę puszcza pawia, no i że pierwsze w pełni polskie menju, natychmiast po czym pojawia się nazwa i slogan producenta – „Cannon, You Can”!. takie głupie, że aż śmieszne – tutaj po polsku, a na końcu juken… pewnie kasy kupa cannonowi wyszła na wsadzenie do telefonu nowego języka, że aż zabrakło na „całkowicie polską reklamę”.

      wszystko to ładnie, pięknie i wspaniale. ‚to’ znaczy siedzenie w domu i robienie niczego. super jest i fajnie, i miło zajebiście, ale od tego ‚tego’ dostaje powoli szajby pospolitej, wkurzenia cholerycznego oraz wścieku kontrolowanego na zmianę z wścieklizną wszczepienną. bo ile można siedzieć i robić nic? i nie, że nic nie robić, tylko właśnie robić nic, a konkretniej nic konkretnego.

      bo tak de facto to ja robię kupę (odkąd regularnie się odżywiam przestałem mieć z tym problemy) – i z synkiem się pobawię, i telewizor przyciszę, i w cywilizację pogram, i na oferty pracy odpowiem, i na zakupy pojadę, żeby pogapić się jak żona przez dwadzieścia minut (no dobra, dziewiętnaście:trzydzieści) synkowi buciki wybiera, i nawet przez telefon z byłą pracą pogadam, mimo, iż właściwie powinienem olać moczem ciepłym, strużką prostą.

      no i co z tego, że tracę czas swój na to wszystko skoro to żadne konkrety, żaden w tym sens głębszy ani też cel wyższy, na który jednak raczej też nie mam chwilowo ochoty. i bujam się tak pomiędzy kompletną niechcicą i rozleniwieniem, a przemożną chęcią zrobienia czegoś – takiego czegoś przez duże cz, jebitnego jak kolos z rodos… no ostatecznie jak pałac kultury – na co chwilowo nie mam ochoty; i koło się zamyka, i da capo al fine, i chuj…

      syndrom odstawienia, czy jak to tam mądrze psychologowie, ich mać, nazywają, w całej okazałości. kto chce niech badania naukowe prowadzi… przynajmniej nie będzie, że się nad zwierzętami znęca…

20050512.jpg      w nawiązaniu do wczorajszego bredzenia w temacie gabinetów dodam tylko, iż zastanawiając się dzisiaj nad tym oraz słuchając z słuchawki opowieści miśka~ o kolejnym pożarze w burdelu doszedłem do wniosku, że nacią od pietruszki wisi mi taka robota. łącznie z gabinetem. zresztą w domu mam ładniejszy, przytulniejszy i bardziej załadowany ulubioną (lub mniej lubianą, ale niesamowicie potrzebną) lekturą. jak widać barek też jest, pełny w dodatku… normalnie żyć i pić, no od czasu do czasu siwi wysłać.

      a poza ‚wizją’ w domowym gabinecie jest jeszcze gitara, klawisze i kilka wzmacniaczy, sprzęt curlingowy, stary commodore64 i dwieściekilka dystkietek do niego, gramofon i kolekcja ‚winyli’, sterta nut wszelakiego rodzaju, sztuczny kominek przywieziony kiedyś przez któregoś z protoplastów z zagramanicznych wojaży oraz wiekowa (dosłownie), wciąż doskonale działająca maszyna do pisania odziedziczona po pradziadku.

      i tak się właściwie zastanawiam, że kiedy w końcu podepną mi tą neostradę, tę, to załatwiwszy sobie uprzednio stałe dostawy żarcia to ja z tego pokoju mógłbym w ogóle nie wychodzić. a jeśli ktoś pomyślałby, że to taki protest przeciwko temu, albo za tamtym, że oljunidislaf, pisonju, nołlogo i takie tam alterglobalistyczne bełkotanie, to wyjaśniam, że przy niechciejstwie ogólnym to nie wychodziłbym stąd (bo przecież teraz też tu jestem) tylko z lenistwa…

      czego i pańtwu życzę. dobranoc.

20050511.jpg      pograliśmy sobie dzisiaj z µ troszkę. na różnych dziwnych instrumentach, a jeśli już na instrumentach znanych to metoda gry dziwna była. bo na gitarze akustycznej countryman grać można (choć raczej wydawaniem dźwięków nazwać to by należało), jak się okazuje uderzając grzechotką kulkową w okolice mostka, a końcowy akord niewiemco-dur wydać potrącając szczotkę curlingową by ta spadając zawadziła o pudło rezonansowe i struny.

      tą samą grzechotką, a może to już była ta w kształcie psa, można nawalać w klawisze pianina. no i trzymając zawodowo perkusyjne pałeczki, co widać na załączonym obrazku, można z zapamiętaniem rąbać w podłogę, trzepiąc wykładzinę u taty w pokoju. zdolnego mam syna, nie ma co. a to wszystko w rytm jet airliner steve miller band. ogólnie było durowo.

      krótka wizyta w pracy, znaczy byłej pracy, tylko się jeszcze jakoś przestawić nie mogę. a jeśli już o przestawianiu mowa, to trochę dziwnie się poczułem patrząc na ‚swój’ kompletnie przestawiony gabinet. no i mollowo się pod koniec dnia zrobiło. ja się faktycznie do miejsc przyzwyczajam. chyba nawet bardziej niż do ludzi…


  • RSS