khan-goor blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2006

napisali…

10 komentarzy

      w gazecie o khan-goorze napisali. o khangoorowej i µnie też. że lubimy szczotki, kamienie i lód, że mieszkamy w otwocku, że itd, itp…

      i przydała by się tutaj teraz jakaś celna pointa, ale nie mam zbytnio czasu nad nią pomyśleć. idę więc na trening. ze szczotką i kamieniami oczywiście…

r-merc.jpg      z zabawkami dla µna to zwykle jest tak, że te tanie mają czas połowicznego rozpadu szybko dążący do zera, ale bardzo wysoki współczynnik radochy. te droższe są trwalsze, znaczy wytrzymują dłużej niż tydzień, ale głównie dlatego, że są mało używane. no bo co to za zabawka co się nie rozwali na pierdylion kawałków gdy ją o podłogę grzmotnąć.
      rozwiązania pośrednie, takie jak klocki lego, które rozpierdzelić się odwracalnie potrafią i są drogie jak kwintal żyta, mają jedną wadę. aby posprzątać po całym dniu zabawy należy przecałkować pokój po powierzchi uważając na nieciągłości w postaci regałów, stolików i krzeseł. zwykle wygląda to tak, że młody całkuje do pierwszego „bum”, a później trzymając się za miejsce, które właśnie się z nieciągłością zderzyło (głównie jest to głowa), ucieka z krzykiem do nieskończoności – czyli do mamy. kończyć całą operację muszę więc sam, a samotne całkowanie jest do… dx.

r-126.jpg      z pomocą przyszedł teść, który chcąc opanować µna, biegającego po całym podwórku, wsadził go do swojego oldtim’owego merceresa. młody z zadowoleniem chwycił za kierownicę, z zapałem godnym lepszej sprawy szarpał dźwignię biegów i ogólnie było „brrruuum, brrrruuum”.
      jednak apogeum zabawy przypadło, gdy radek po cichu przesiadł się z merca do jednego(1) z zawalających podwórze maluchów. zamiana zaskakującą bardzo, ale tylko przez chwilę, bo przecież w maluchu jest tyle fajnych przełączników, kierownica ma trochę luzów, a przez to łatwiej ją trochę pokręcić, no i oczywiście rzecz najważniejsza – działa klakson!! ogólnie teraz jest tak, że wypuszczony na podwórko młody wdrapuje się do malucha i może się w nim bawić przez całe popołudnie.
      jeśli więc brakuje wam pomysłu jaką zabawkę kupić dziecku na imieniny/urodziny(2), to sprawcie mu malucha. wychodzi taniej niż lego czy inna kolejka piko – na allegro już od złotówki bcm!


(1) – w chwili obecnej maluchów na podwórku jest sztuk 3. liczba ta jednak dość często się zmienia. a wszystko dlatego, że hobby teścia jest składanie malucha z maluchów – if you know what i mean.
(2) – niepotrzebne skreślić.

uc1.jpg      kiedy miesiąc temu miłomściwie rządzący polskimi curlerami związek sportowy ogłosił, iż eliminacje do tegorocznych mistrzostw polski odbędą się w tym mieście gdzie nawet bieganie psom szkodzi podejrzewałem, że będzie źle. w turnieju grała tylko żona, mnie pozostawiając kibicowanie i opiekę nad µnem, którego ulubionym zajęciem jest ostatnio histeryzowanie. no i dostaliśmy wszyscy: µ – histerii, kasia – bęcki na lodzie, a ja – kompletnego fioła próbując opanować ten bajzel. przeżyliśmy to tylko dzięki noclegowi u krewnych i znajomych królika, którym to królikiem okazała się tym razem moja rodzicielka. lecz kiedy parę dni później ogłoszono, że turniej finałowy też w tym mieście mieć będzie miejsce dotarło do mnie, że niezależnie od wyników i tak wyjadę stamtąd w stanie ciężkiej depresji.

uc4.jpg      na początku nie mogliśmy znaleźć noclegu, a tym razem krewni królika, przeczuwając, że może im się na głowy zwalić pięciu chłopa o niewydarzonych mordach, wyjechali byli do ciepłych krajów na wywczas. po wielkich bojach na łączach telefonicznych udało się zarezerwować miejsca w ptsmie. warunki nawet dla spartan były by podłe, ale jak się nie ma co się lubi… doturlawszy się więc pociągiem do stacji fabrycznej, znaleźliśmy taksówkę i kazaliśmy się zawieść na kwaterę. daliśmy się grzecznie wysadzić na skrzyżowaniu, bo tutaj jednokierunkowa, a stąd to już niedaleko – tutaj w lewo i sto metrów. po około dwustu metrach z torbami na plecach skonstatowaliśmy, że nie w lewo tylko w prawo. szybkie spojrzenie na zegarek i wyszło, że jesteśmy w łodzi od dwunastu minut, a już nas ktoś wydymał. na miejscu dokonaliśmy formalności meldunkowo-płatniczych i zagospodarowawszy pokój udaliśmy się na lodowisko celem treningu i paru browarów. oba cele udało się w łatwy sposób osiągnąć, więc wracając w dobrych humorach do schroniska byliśmy zupełnie nieprzygotowani na to co nas czekało.uc3.jpg
      - brywieszór, kluszdosztersieśśipięśproszę – rzuciłem do zaspanego człowieka w recepcji. – ale już zajęte, jakieś dwie dziewczyny tam śpią – odrzucił pomiędzy jednym ziewem, a drugim. myśląc, że to taki miejscowy żarcik i nie chcąc wypaść z konwencji powiedziałem – uuuutosamało, nastutajwięsejjes…. nie odpowiedział nic, tylko podsunął był nam pod nos kartę meldunkową, na której ktoś zapaćkał korektorem nasze nazwiska, wykaligrafowane tam parę godzin wcześniej przez miłą recepcjonistkę i wstawił dwa nic nam nie mówiące nazwiska żeńskie. – ale co, wurwa, pomijając wszystko, przecież tam nasze rzeczy… – wszyscy odzyskaliśmy pełną kontrolę nad aparatem artykulacyjnym. – a są jakieś toboły w przechowalni – z rozbrajającą szczerością odpowiedział człowiek-recepcja.
      do momentu, gdy zobaczyłem nasze bagaże walające w zapleśniałej kanciapie, szumnie zwanej przechowalnią, byłem gotowy uznać, że oto staliśmy się mimowolnymi aktorami w nowym shitality-show niegrzecznej telewizji, z których będzie się śmiać do rozpuku pół polski. później nie było nam jednak do śmiechu, zwłaszcza, że o ósmej rano zaczynaliśmy swój pierwszy tego dnia mecz. oszczędzę państwu opisu dalszej części półtoragodzinnej szarpaniny z obsługą tego bajzlu, stwierdzając tylko, iż po drugiej wylądowaliśmy w innej części łodzi, w hotelu o trochę wyższym standardzie, w którym przekimać mieliśmy za darmo z rekompensatą wysokości trzech piw na łebka w portfelach. popatrzyliśmy na zegarki – w łodzi od dwunastu godzin, a już nas… no sami wiecie co. i to dwa razy. wypada się więc podpisać pod celnym stwierdzeniem czerskiego, który odkrył, iż ta krótka filmowa sekwencja w pełni opisuje miasto Uć.

uc2.jpg      teraz będzie już wyłącznie curlingowo. graliśmy mecz za meczem, a w przerwach oglądaliśmy mecz, również za meczem. obie te czynności ze zmiennym szczęściem. ogólnie można powiedzieć, że znowu byliśmy dwa kamienie od strefy medalowej, a czerpiąc z klasyków polskiego komentatorstwa sportowego – graliśmy jak nigdy, a wyszło jak zawsze. szóste miejsce w generalnej klasyfikacji mistrzostw, to i wysoko i nisko zarazem.
      telewizja się znowu na nas wypięła, choć jeszcze dwa dni przed zawodami zarzekali się, że część finału męskiego pokazywać będą na żywo. a tak przyjechali tylko nakręcić parę urywków, które gdzieś kiedyś ktoś na półce w archiwum odnajdzie. na całe szczęście piwa nie zabrakło, bo przecież towarzystwo przyjaciółek i przyjaciół curlerów samo w sobie zachęca do większej niż zwykle konsumpcji tegoż napoju.
      czyli ogólnie jest dobrze, ale nie beznadziejnie, czego i państwu życzę w czasie nadchodzących świąt.


  • RSS